niedziela, 17 stycznia 2016

Mariagerfjord #2

O tym jak znowu gdzieś polazłem.
 
 Wyspa Vorsø

Ocknąłem się. Ciemno. Cicho. Według zegarka czwarta rano. Poprzedniego dnia pod wieczór położyłem się „na chwilkę” i cosik mi się zasnęło… Damn. Dobra, trzeba się ogarnąć i dokończyć sen w nieco bardziej cywilizowany sposób. Kiedy jednak dumałem sobie w łazience naszła mnie myśl, że w sumie to szkoda by zmarnować sytuację, kiedy jestem na chodzie o takiej porze. Przeżyłem krótki, klasyczny konflikt ciepłe łóżko vs zew przygody, w którym po chwili zwyciężyła druga opcja.

Horsens na horyzoncie, godz. 7:59
Łikęd do szałowych nie należał, czemu by więc nie wykorzystać choć jego połowy na coś ciekawszego niż siedzenie przed monitorem? Nawet miałem już pomysł na trasę.
Horsens o 5 rano w niedzielę nie było jednak tak opustoszałe, jakbym podejrzewał. Mijając kilka zbłąkanych duszyczek i pojazdów wyruszyłem na wyprawę dookoła lokalnego fiordu. Dystans godziwy, droga przez parę wysepek, pogoda… no, nie padało, więc dobra – za to wiało naprawdę uczciwie. Początek wędrówki przez uśpione miasto i suburbia mijał całkiem przyjemnie. Kierowałem się trasą wzdłuż północnego brzegu fiordu, którą znacie już z jednej wrześniowej wyprawy. Tym razem jednak ciemności gwarantowały całkiem inne odczucia. Srogi wicher targający koronami drzew i goniący grzywacze na powierzchni wody budował atmosferę pewnego niepokoju… ach, te moje romantyczne nastroje. Niebawem jednak niepokój stał się jak najbardziej realny, bo zacząłem natykać się na powalone drzewa leżące w poprzek ścieżki, a z głębi lasu dobiegł mnie dźwięk łamiących się pni. Dreszcz emocji gwarantowany, zastanawiałem się tylko jak zareagować, gdy usłyszę taki trzask nad głową. 

Kompilacja wszystkich typów "atrakcji" po drodze na szagę


Co to za kraj, gdzie takie fajne rzeczy się walają przy drogach
Mimo wszystko opuściłem las w jednym kawałku. Zmrok powoli się rozpraszał, właśnie zaczynała się moja ulubiona pora – przedświt. Ten szczególny stan zawieszenia między nocą a dniem, kiedy rzeczywistość wydaje się tkwić w pewnym niedookreśleniu. Nie ma światła, nie ma cienia, nic tylko szaroniebieska nierealność. W tych niedopowiedzianych warunkach wkroczyłem na nieznane jeszcze terytoria. Według ulotki z mapą można było iść drogą nieco oddaloną od brzegu, jednak nie byłbym sobą, gdybym nie postanowił przebijać się na szagę. Cóż, czyli standardowy duński zestaw krajobrazowy – pastwiska, płoty pod napięciem i wijąca się linia brzegowa. Pomijając atrakcje typu rowy z wodą i bagna, szło się całkiem dobrze. Minąłem pierwszą wyspę, przebiłem się przez czyjąś posesję na której znalazłem kamień-nagrobek – spocząć na własnej ziemi z widokiem na fiord, to jest coś. W końcu znalazłem jakąś drogę i pozwoliłem się powieść bitym szlakiem. Okolica typowo rolnicza, wiosną/latem pewnie byłoby tu zapewne całkiem urokliwie: pola, górki, domki, ot jutlandzka sielanka. Wbiłem się na parokilometrowy dojazd do posesji, który okazał się być oczywiście ślepym zaułkiem – jakbym przejmował się bitymi drogami. Niestrudzenie drałując naprzód natknąłem się na strumień – hej przygodo, majtnąłem plecak na drugi brzeg, po czym sam rzuciłem się w heroicznym skoku nad rwącą wodą. Rzecz mała, a cieszy – szkoda tylko, że dramatyzm sytuacji nieco oklapł, gdy znalazłem elegancki mostek rzut kamieniem dalej. 

Duńskie postapo
Piramida nieznanego pochodzenia i przeznaczenia
Tak, też nic z tego nie rozumiem
Wpadłem na asfalt, minąłem niewielką osadę, wniknąłem w okolice bardziej lesiste. Wkrótce nadarzyła się okazja by porzucić szosę i skrócić sobie drogę idąc leśnymi przesiekami – czegóż więcej mi było trzeba! I to nie był jakiś podmiejski zagajnik, tylko całkiem porządny bór [oczywiście jak na duńskie realia], szedłem więc w pełni ukontentowany. Co ciekawe, gęsto aż było od poukrywanych leśnych posesji, całkiem przyjemne miejsce do życia. Po drodze napadł mnie jakiś jegomość z pytaniem, czy nie widziałem jego kompanii urządzającej sobie polowanie na terenie, który właśnie opuszczałem. Nieco później dotarłem do drogi wiodącej na wyspę Alrø, połączonej ze stałym lądem krótką groblą. Łojzicku, jak tam gwiździło! Na otwartej przestrzeni mogłem w pełni odczuć moc wiatru, który zmuszał do przemieszczania się pod kątem jakiś 45 stopni. Cóż, taki klimat, ale miałem większe zmartwienia. Według podań i legend zasłyszanych na uczelni, z wyspy można było się przedostać na drugi brzeg fiordu przeprawą promową, taką z gatunku bardziej lokalnych. Będąc już na Alrø przewertowałem swoją ulotkę – niby po duńsku, ale coś o promie tam było. Problem w tym, że wspominano też o jakimś „somerperiod”. Hem. Do hipotetycznej przeprawy nie było daleko, więc siłą rozpędu potoczyłem się dalej. Wyspa zdecydowanie rozczarowująca – płaska, nudna i ten dziadowski wiatr prosto w oczy. W końcu doczłapałem się na miejsce by… nie zastać nawet wspomnienia promu. Molo, kibelek, jakiś samochód stojący tam niewiadomopoco. Ot, poprzeprawiałem się – podejrzewam, że nawet jeśli miałoby być to czynne, to przy takim wietrze pewnie by nie kursowało i tak. Połaziłem po pomoście zalewanym falami, przysiadłem na ławeczce, zżarłem kanapki i co zrobisz – nic nie zrobisz, pora było wracać.



Przyznam, mocy i zapału na ten powrót już zaczynało mi brakować. Zwłaszcza że musiałem leźć tym samym brzegiem zamiast eksplorować nowe ziemie – nie lubię wracać tą samą trasą, więc kombinowałem jak mogłem, by urozmaicić sobie drogę. Większość wyszła po asfalcie, toteż moje nogi wykazywały raczej umiarkowany entuzjazm. Wiało, czasem padało, wzdech wzdech. Kiedy ciemność zaczynała okrywać ziemię doczłapałem się do jakiegoś miasteczka ok 10 km od Horsens. Przyznam, że szedłem wtedy już na niezłym wnerwie, ale dzień uratował lokalny supermarket. Wobec co najmniej trudnej sytuacji, konieczne były drastyczne kroki – pół litra energetyka i tabliczka czekolady. Zasilony takimi „dopalaczami” ruszyłem dalej, głównie poboczami całkiem uczęszczanej szosy. Niby było już w porządku, dopóki nie postanowiłem przeskoczyć nad niewielkim rowem... Paraliżujący skurcz obu nóg przypomniał mi, że jednak trochę już dzisiaj przeszedłem. Po chwili odpuściło i bez większych emocji dodreptałem do siebie. Nah, atrakcje to czekały na mnie po zdjęciu skarpetek – po raz pierwszy w życiu dorobiłem się pęcherza pod paznokciem. Cóż, w sumie to wcześniej nie zdarzało mi się  chadzać po 60 kilometrów, tyle nowych wrażeń...
I tym ekscytującym akcentem zamykamy blogowe historie z Roku Pańskiego 2015.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz