sobota, 24 października 2015

Koniec świata i Wybrzeże Bunkrów

Yych, i znowu pobudka o 6 rano w sobotę. Ciemno, pusto i wogle. Procedura opuszczania Horsens postępowała wedle ustalonego schematu – pakowanie, jedzenie, wymarsz na punkt przechwycenia. Kiedy jednak dotarłem do swojej zatoczki nie zatrzymałem się i polazłem dalej. Do wjazdu na autostradę miałem tylko 2 kilometry, a stamtąd wszyscy będą jechać w pożądanym przeze mnie kierunku. Po dłuższej chwili byłem już na miejscu i mogłem spokojnie kontestować piękno duńskich linii przesyłowych wysokiego napięcia. Samochody nie niepokoiły mnie zbytnio – przyznam, że ledwo co tamtędy jeździło. Nie do końca tego się spodziewałem. Generalnie naszło mnie jakieś zniechęcenie i zacząłem sam się pytać: po co ja się znowu gdzieś pcham? Zimno, chmurno, nic nie staje, może darować sobie kolejną niepewną przygodę i przejść tylko po okolicy… pograć na komputerze… [to jest ten moment, kiedy bohater zaczyna wątpić w sensowność swojej Misji i powodzenie wyprawy zawisa na włosku – wiadomo jak to się skończy, ale emocje muszą być] Marzłem więc i toczyłem bój z myślami, mijany przez kolejne pojazdy. 



Cóż, praw stopa nie da się oszukać – pół godziny musiało minąć i oto siedziałem w dostawczaku mknącym do Aarhus. Ciekawe, że nigdy wcześniej nie udawało mi się złapać tego typu samochodów. Widać Wąsaty Pan Kierowca był wyjątkowy na tle swego gatunku, bo zjechał do miasta ostatnim możliwym zjazdem i wyrzucił mnie w najbardziej dogodnym punkcie. Porcja tubylczej życzliwości nastroiła mnie nieco pozytywniej i kolejne dwa kwadranse machałem już w lepszym nastroju. Dania widać przejęła się moim strapieniem na poważnie i zesłała mi kolejną okazję w postaci golfa III. Facet był z kategorii tych, co najpierw cię mijają dalszym pasem, a potem gorliwie manwerują i cofają na wstecznym. Miło. Ten pan jechał prosto do Aalborga – złowrogiego miasta, co mnie ostatnio więziło przez dobę prawie. Cóż, lekka adrenalina się pojawiła, nie powiem, jednak wkrótce zastąpiło ją zwykłe rozczarowanie. Zostałem wysadzony na całkiem dogodnym zjeździe odległym może o 3 km od miejsca, w którym utknąłem tydzień wcześniej. No cóż, będzie nauczka na przyszłość, by szukać punktów przechwycenia wytrwalej. Kolejne 30 minut spędziłem kontemplując rozsypane na ziemi ziemniaki i w końcu „pokonałem” fatum piekielnego Aalborga. Zabrany zostałem przez typowego przedstawiciela klasy robotniczej - miał nawet wąsy a’la polski majster. Przejechałem kilkanaście kilometrów i znalazłem się pośrodku przysłowiowego niczego. Damn. Jakaś lokalna droga między niewielkimi miejscowościami, z której na autostradę zjeżdżał może jeden samochód na 5 minut. Poczułem się nieco słabo, zwłaszcza że mapa nie podpowiadała sensownych rozwiązań tego impasu. Trudno, machamy. O ile coś jedzie. Koniec końców nie było tak źle, nie musiałem czekać nawet godziny. Powiozła mnie matka z dzieciakiem [kolejny przykład, że ludzie tu sobie ufają], który wygrał właśnie ze swoją drużyną jakiś mecz piłki nożnej 17 ligi. W bagażniku labrador.  W pewnym momencie chłopak wziął w swe dłonie pudełko ciastek i spojrzał na matkę pytająco. Ta wielkodusznie kiwnęła głową i dostałem herbatnika w czekoladzie. Kocham jeździć na stopa! 

Jakby Imperium miało mieć bazę morską, tak by wyglądała

Ot, katamaran wielkości sterowca


Za cholerę nie wiem co to, ale wyglądało fajnie.
Wysiadłem niewiele dalej, poczekałem, złapałem kolejną okazję [jakiś młody facet, a co ciekawe – ledwo szprechał po angielsku] i wylądowałem w Frederikshavn. Żeby cokolwiek wynieść z podróży poszlajałem się po okolicach portowych – całkiem spoko, mieli tam nawet marynarkę wojenną i jakąś platformę wyglądającą-prawie-jak-wiertnicza. Miasto nie było duże, więc dość sprawnie przedostałem się na drogę wylotową i złapałem ostatniego stopa w tym dniu. Znowu wiozła mnie matka z pociechą. Kobieta ta prezentowała dość popularną chyba w duńskim narodzie manierę potwierdzania każdego zdania rozmówcy kiwaniem głową i „ja ja”. Nieco wkurzające w mym odczuciu. Ale nic to, bo ledwie po 7 godzinach podróży dotarłem do celu. Skagen. Koniec Danii. Miejsce spotkania mórz. Ha, zapowiadało się ciekawie. Same miasteczko minąłem bez większych emocji, po drodze znowu trafiłem na jakiś maraton i wkrótce znalazłem się na plaży. W końcu! Ponad miesiąc w tym kraju, a ja pierwszy raz oglądałem pełne morze, a nie jakieś fiordopodobne zatoki. Stary, dobry Bałtyk. Rześki wiatr, na horyzoncie mrowie statków przeciskające się przez Kattegat i  trawiaste wydmy. Do najbardziej północnego wypierdka Danii miałem może 2 km, zapowiadał się przyjemny spacer. Mijałem spokojnie hałdy kamulców, domki, jakiś trebusz, gdy z oddali zaczęły wyłaniać się dziwne kształty. Po krótkim czasie rozjaśniło się me oblicze, a jednocześnie wpadłem w pewną jakże polską konfuzję. Chciałoby się powiedzieć, że „bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście” – rzecz w tym, że bunkry były…

Trebusz...?




Na plaży poniewierała się cała grupa warowna z czasów drugiej wojny światowej. Widok był niesamowity – kiedy spoglądałem na potężne cielska umocnień omywane przez fale, przychodziła mi na myśl głowa statui wolności z „Planety Małp”. Świadectwo dawnych czasów powoli pochłaniane przez morze. Musiałem oczywiście wleźć w każdą dziurę i szczelinę – w co po niektórych obiektach było całkiem przytulnie. Przez chwilę nawet zastanawiałem się, czy nie spędzić tu nocy, jednak bardziej jestem stworzeniem leśnym niż morskim i porzuciłem plan. Nie mogłem tylko odegnać myśli, jak dumnie wyglądałaby na blogu relacja z noclegu w nadmorskich bunkrach... Po jakimś czasie minąłem latarnię morską i w miejscu tym skończyły się umocnienia, a zaczęli turyści. Musiałem zmierzyć się ze straszną prawdą, że trafiłem do punktu dość znanego i uczęszczanego przez ludzi. Ych. Jednak kiedy zobaczyłem jakichś iberyjskich studentów szturchających martwą fokę, poczułem się w pełni usprawiedliwiony ze swoich aspołecznych uprzedzeń. Ale dobra, miałem się przecież zachwycać. Przedreptałem jeszcze z kilometr i oto stanąłem na lokalnym końcu świata.




Z lewej - Północne, z prawej - Bałtyk. Ta dam.
Szczerze pisząc, nie zrobił na mnie szalonego wrażenia. Wierzchołek przylądka okupowała chmara turystów dowożonych traktorami i strzelających sobie selfie na tle spotykających się mórz. Liczyłem na sztorm co najmniej, a tam przelewały się ledwie widoczne falki. Zjawisko nadal jednak było ciekawe, ponieważ Bałtyk falował z prawej na lewo, a Morze Północne z lewej na prawo i dokładnie u szczytu półwyspu następowało „zderzenie”. Postałem, popatrzyłem, zadzwoniłem do Dzikiej i rozpocząłem odwrót. Dzień powoli się kończył, a ja nadal miałem do potencjalnego noclegu ładny kawałek – no i musiałem ją jeszcze znaleźć gdzieś w lesie. Doczłapałem się do właśnie zamykanego sklepu/informacji turystycznej i dowiedziałem o kilku ciekawych szlakach wiodących po okolicy. Cholera, zacząłem żałować, że przez sposób podróżowania i nocowania nie mam odpowiedniej ilości czasu, by należycie zwiedzić to niezwykłe miejsce. Udało mi się zahaczyć o kawałek ścieżki przez zarośnięte wydmy i w blasku zachodząco słońca mogłem podkarmić duszę głodną naturalnego piękna. Musicie bowiem wiedzieć, że Skagen jest miejscem szczególnie ukochanym przez artystów. Przemierzając ten zielonorudoszary krajobraz skąpany w blasku zachodzącego słońca zacząłem rozumieć, co inspirowało tych wszystkich malarzy. 






Natchnienia swoją drogą, ale zmierzch zbliżał się nieubłaganie. Przebiłem się przez miasteczko boczną ścieżką, minąłem punkt wyjścia i rozpocząłem poszukiwania miejsca na nocleg. Sprawdziłem jeszcze w mieszkaniu jego położenie, jednak pozostawiłem sobie raczej mało dokładne wskazówki dotarcia. Hem. Po jakimś czasie znalazłem tablicę informacyjną z mapą – wedle niej cały okoliczny teren był wprost pocięty trasami (pieszymi, bieganymi, rowerowymi normalnymi, rowerowymi terenowymi, końskimi), a do schronienia powinienem łatwo trafić idąc wzdłuż niebieskiego szlaku. Żaden problem dla Radka Nawigatora! No tak, ale zdjęcia zapomniałem zrobić. Oczywiście już po zachodzie słońca musiałem wybrać złą drogę na skrzyżowaniu i dodałem sobie pół godziny spaceru po lesie oraz spotkanie z lokalnymi sarońcami. Ot, takie moje rozrywki. W końcu udało mi się jakoś odnaleźć właściwe miejsce, a tam – ogień. Cie choroba, ktoś mnie uprzedził! Okazało się, że pomysł noclegu na świeżym powietrzu nie był tak unikatowy i pojawił się także w planach młodej Dunki i Szwajcara podróżujących po kraju. Na szlaku zawsze można spotkać podobne wagabundzkie duchy - byli całkiem spoko. Kiedy wspólnymi siłami zmontowaliśmy kolację z ich brokułów i ryżu, oraz moich kiełbasek, poczułem prawdziwą podróżniczą solidarność [wiaty na szczęście były dwie]. Pogadaliśmy nieco, podzieliliśmy się ciastkami i czekoladą. Żołądek pełny strawy, ciepło ogniska i gwiazdy migocące ponad koronami drzew – ech, niewiele potrzeba do szczęścia. Zasypiałem głęboko przekonany, że po prostu warto.

Śniadanie z rusztu

Wiata była po prostu przeurocza



Poranek przywitał mnie okrutnym ziąbem i umiarkowanym zachmurzeniem. Moja wczorajsza kompania wykazywała nikłą aktywność, spokojnie więc posiliłem się i przygotowałem do drogi. Pożegnałem budzącą się do życia Dunkę [imienia nie kojarzę, ale pamiętam, że ciamkała i bekała], zarzuciłem plecak na ramiona i ruszyłem w mglisty, cichy poranek. Niech mnie, było niesamowicie. Słońce różowiło wschodnią stronę nieba, rześkie powietrze wypełniało płuca, a marsz rozgrzewał mięśnie. W krótkim czasie dotarłem do szosy, gdzie w ciągu minuty złapałem drugi przejeżdżający samochód. Sympatyczny dziadek podwiózł mnie całe 4 kilometry, przeszedłem kawałek, złapałem kolejnego emeryta już do Frederikshavn – nawet szło się z nimi dogadać. Za miastem rozłożyłem się w zatoczce i po jakiejś godzinie oglądania statków zawijających i wywijających z portu wsiadłem w ostatnią okazję tego łikędu. Lotem bezpośrednim dostałem się do zjazdu na Horsens. Pilotował świeżo emerytowany nauczyciel jakichś nauk społecznych, całkiem inteligentny facet. Całą drogę przegadaliśmy, konfrontując polski i duński punkt widzenia na energetykę, Rosję, imigrantów i insze żywotne sprawy. Kształcące doświadczenie, nie powiem – mam tylko nadzieję, że na mojej podstawie nie uznał Polaków za ksenofobów i tumanów.

9 stopów, ponad 500 kilometrów, dwa morza, paczka kiełbasek – było zacnie. Dalej na Północ już nie dotrę, pora będzie zająć się zachodnim wybrzeżem.. Anne podrzuciła mi cynk o kolejnej dobrej miejscówce, akurat u brzegu Morza Północnego…

Pełna galeria.
+
Specjalny dodatek dla fanów: psy. Czego ja nie zrobię dla lajka.




poniedziałek, 5 października 2015

Nieprzygoda



Łikęd – znaczy pora podbijać Krainę Wikingów. Posuwając się wzdłuż wschodniego wybrzeża Jutlandii „do góry”, kolejnym logicznym punktem jest Skagen. Koniec świata, najbardziej wysunięty na północ wpierdek, miejsce spotkania Bałtyku z Morzem Północnym. Ponoć niezwykle urokliwe miejsce z czołówki duńskiego „zobacz koniecznie”. To będzie opowieść o tym, jak tam nie dotarłem...


Pierwszy błąd popełniłem pozwalając sobie spać do 10. W końcu sobota, co się będę fatygował wcześniej, mam cały dzień na dotarcie… Zebrałem się po 11 i poczłapałem na stały punkt łapania. Dziwnie było ruszać o „normalnej” porze, kiedy miasto już nie spało. Stanowczo brakowało wagabundzkiego klimatu. Stanąłem z kartonem w swojej ulubionej zatoczce i wyciągnąłem rękę z kciukiem. Szok i niedowierzanie – już po 5 minutach coś się zatrzymało! Wprawdzie tylko do wjazdu na autostradę 2 km dalej, ale autostopowe endorfiny już się wydzieliły. Damn, zapowiadał się niezły dzień. Ledwo zdążyłem się ustawić na zjeździe, a tu kolejny pojazd hamuje! I to do Aalborga od razu, ponad połowa trasy. Hej, tym tempie to będę na miejscu w try miga. Podróż minęła sprawnie, więcej przysypiałem niż rozmawiałem z kierowcą – gadatliwy nie był, nie wadziło mi to. W końcu dojechaliśmy do miasta, wysiadłem z auta nieco po 13… i nie wyrwałem się z tego cholernego miejsca przez kolejne 20 godzin.


Facet wysadził mnie na końcu autostradowej odnogi wnikającej do miasta z informacją, że drugim pasem mogę wrócić na trasę. Fajnie, tylko że to był zjazd jednokierunkowy i z tego miejsca mógłbym łapać tylko coś jadącego z powrotem. Nic to, przejdziemy się kawałek. Okolice niezbyt interesujące, takie tam suburbia. Kolejny zjazd na trasę szybkiego ruchu – żadnej zatoczki, ruch taki sobie, lepiej poszukam dalej. Ten schemat powtórzył się kilka razy, aż wylądowałem na samej autostradzie. Coś słyszałem, że ponoć nielegalne jest łapanie stopa na takich drogach w Danii… ok, stanę za barierką, co by pozory bezpieczeństwa zachować. Zatoczka jest, za nią tunel - wyglądał ciekawie. Samochody zapierdzielają koło setki – będzie ciężko, ale powinno się dać radę coś złapać. Faktycznie, udało się coś złapać. A tak właściwie, to ja dałem się złapać. W pewnym momencie stanął bowiem przede mną lśniący bielą VW Passat z dumnym napisem POLITI. No, super.
Zwinęli mnie.

Na szczęście, pan policjant [brodaty, ryży i wytatuowany – bardziej widziałbym go na drakkarze niż w mundurze] i pani policjantka [skandynawski blond, niebrzydka - przyznam] byli bardzo mili i wyrozumiali dla biednego zagranicznego studenta wyrażającego niezmierne zdziwienie wobec wiadomości, że zabronione jest łażenie po autostradach. Skończyło się na przewiezieniu mnie kawałek dalej do miejsca, gdzie mogłem już legalnie stanąć i łapać. Zawsze marzyłem o jechaniu na stopa radiowozem [mamo, teraz nie czytaj] – powinienem wyrazić skruchę, ale było fajnie.


Dobra, po takich przeżyciach zasłużyłem na batonika. Zaopatrzony w węglowodany w pobliskim markecie raźno polazłem na upatrzony przystanek. Zatoczka tuż za skrzyżowaniem, elegancko położna przy szosie wiodącej do drogi szybkiego ruchu. W prawdzie kawałek dalej był zjazd w kierunku powrotnym, ale nie w takich miejscach się już łapało. Do boju. Kwadrans. Pół godziny. Mogło by coś już wziąć. Godzina. Ech, no długo coś… o proszę, jakiś młodzian mi tu zajechał. Nie jedzie do Skagen, ale może mi pomóc dotrzeć do Frederikshavn. Za marne 400 koron. Słowem: czterysta. Uprzejmie podziękowałem za ten akt dobrej woli i spytałem się, patrząc za odjeżdżającym samochodem: czy aby go nie pohymhymhym. Z taką chęcią niesienia pomocy to się jeszcze nie spotkałem, japierdzielę. Chciałby zarobić na mnie huncwot – takiego wała, zaraz pokażę tym duńskim zdziercom, jak się podróżuje za jeden uśmiech! Więc stałem dalej… Druga godzina. W międzyczasie zatrzymała się Mazda, próbująca ratować honor marki*, ale jechała w inną stronę. Cholera, jest ciężko. I zimno. Wybrałem się do pobliskiego Makdonalda na regeneracyjnego czizburgera i chwilę w ciepełku, po czym z nowymi siłami wróciłem do swojej zatoczki. Damy radę. Chociaż do tego Frederikshavn, do Skagen jutro sobie dotrę. Coś się przecież w końcu zatrzyma…
 

Nie zatrzymało. Trzy godziny marznięcia na wietrze i nic. Była już chyba 18. Morale – zdruzgotane. Słońce chyliło się ku zachodowi, a ja, biedny, utknąłem w tym pieprzonym Aalborgu na noc. Byłem gotowy na nocleg w najgłębszej dziczy, ale w mieście?! Istna zgroza, gdzie ja się tu podzieję? Gdzie ognisko rozpalę, śpiwór rozścielę…? Miałem w końcu swoją Przygodę – taką, której się nie spodziewasz i której nie chcesz. Fajnie jest wychodzić z najgorszych sytuacji i czuć się wielce przygodowym podróżnikiem, kiedy wszystko się jakoś udaje. Przyszła pora na uświadomienie sobie pewnego oczywistego faktu, że czasem się po prostu… nie udaje.



Miejsce mego spoczynku.
 Idąc na czuja w kierunku centrum czułem taki zawód i gorycz, jakby mnie co najmniej napadnięto, ograbiono i zgwałcono. Wzdech. Obszedłem jakiś staw, licząc w naiwności i desperacji na czekające miejsce noclegowo-ogniskowe. Rzecz jasna, nic takiego nie znalazłem. Szedłem więc dalej bez żadnego pomysłu, zza horyzontu wyłaniał się księżyc [a było to tuż przed superpełnią] i przypominał, że miałem go dziś oglądać z jakiegoś dzikiego zakątka. Wlokąc się ulicami i rozglądając za jakimiś gościnnymi krzakami, dotarabaniłem się do terenów portowych. No, może chociaż sobie pooglądam ciekawe miejsca. Hym, obszary już co najmniej bezludne… nieco dalej jakaś mała przystań. Budynki, damn. Ale chyba nikogo nie ma. Pójdę jeszcze kawałek za te zarośla. O, ławka, grill i widok na miasto po drugiej stronie zalewu. Trawka ładnie wystrzyżona, więc niestety teren cywilizowany, ale dobra – na razie zatrzymam się jak gdyby nigdy nic. Cisza i spokój. Zachęcony tym stanem pozbierałem gałązki do znaleźnego wiaderka i rozpaliłem mały ogień w grillu. Pełna kultura, może nie będzie jednak tak źle. Zaraz będę miał ciepłą herbatkę… gdy wtem słyszę odgłos silnika i trzask samochodowych drzwi! Nakryli mnie! Cholera - gaszę chybcikiem płomień, może się nie połapią. Szlag, dymi jak głupie. Głosy ludzkie z okolic zabudowań, ale ode mnie nic nie było widać. Słychać jeszcze… strzały? Ktoś tam napierdziela z wiatrówki! Fak! No, bomba, zaraz zostanę zastrzelony jak jakiś złodziej… Dobra, nie panikujmy. Słychać było jakiegoś dzieciaka, może to jednak nie mafia/ochrona/wędkarska bojówka. Skitrałem plecak w krzakach dla niepoznaki i czekam. Może sobie po prostu pójdą… Gdy znienacka pojawił się za mną człowiek z psem, wyraźnie zaskoczony moim widokiem. Burknął coś po duńsku, ja burknąłem coś po angielsku i… poszedł sobie. Trzasnęły drzwi, opony zachrzęściły na żwirze i tyle. Hem. Nie wiem, co tu właściwie zaszło, ale zapowiadała się jednak spokojna noc. Zagotowałem wodę, wypiłem herbatkę i zagryzłem kolacją. Księżyc lśnił jasno, na drugim brzegu błyszczały światła wielkiego miasta, z daleka dobiegały odgłosy cywilizacji, a ja kładłem się spać na ogrodowej ławce niczym kloszard. Mimo wszystko – podobało mi się.




O szóstej rano zbudziła mnie dwójka rybaków wyruszająca z przystani na połów. Szczęściem, popłynęli w drugą stroną i nieniepokojony mogłem się ogarnąć w półświetle nadchodzącego świtu. Po wyjściu ze śpiwora gwiździło jak cholera [przed wyjściem nieco mniej], ale widoki warte były marznięcia. Ta pora między nocą a dniem zawsze mnie zachwyca - świat jest w tedy taki odrealniony. Zanim wzejdzie słońce rzeczywistość wydaje się być nieco odleglejsza.
No dobra, teraz trzeba jakoś wrócić. Idąc przez centrum Aalborga o 7 rano mijałem widoki klasyczne wręcz: biegający emeryci i pijani studenci. Robiło się coraz cieplej, ruch na ulicach nieco się zwiększał, może dzisiaj jakoś pójdzie. Przeszedłem parę kilometrów, odświeżyłem się na stacji benzynowej i byłem gotów do drogi. Według mapy powinno to być odpowiednie miejsce. Nie było. Skrzyżowanie, zatoczka i rozjazd. To samo co wczoraj. Trudno, łapiemy. Po kilkunastu bezowocnych minutach ruch nadal był mizerny, postanowiłem więc wrócić do punktu, gdzie zaczęło się moje rande wu  z Allborgiem. Przemaszerowałem kolejnych kilka kilometrów i stanąłem przy kolejnej zatoczce. Za skrzyżowaniem. Przed rozjazdem. Przeklęte miasto! Toż to nie idzie się z niego wydostać! Dzień zapowiadał się piękny, wręcz kpiąc sobie ze mnie – zamiast odwiedzać najpiękniejsze miejsca w Danii spędzałem łikęd w tej cholernej autostopowej czarnej dziurze. Jak tak dalej pójdzie, przyjdzie mi wrócić pociągiem… Klęska, sromota i poruta. Nie dość, że zhańbiony honor autostopowicza, to jeszcze uszczuplony poważnie portfel. Po prawie godzinie straciłem zupełnie chęć do machania, chciało mi się już rzucić to wszystko i znaleźć stację kolejową. Dałem sobie kwadrans. I jednak udało się. Ktoś się zatrzymał.

Ironia po duńsku: spędzasz noc na ławce, by potem odkryć, że w tym mieście materace leżą dosłownie na ulicy.
Mój zbawca wywożący mnie z otchłani rozpaczy nazywał się Mohamed. Mieszkał w Danii od lat wielu, pochodził z Syrii – spytał się mnie, czy kojarzę kraj. Cóż, trudno nie kojarzyć, kiedy milion jego pobratymców aktualnie najeżdża Europę. Zachowywał się on, rzekłbym, dość klasycznie jak na swe pochodzenie** – pytał uprzejmie o rodzinę, popatrywał na mnie spojrzeniem, którego nie rozumiałem i raczej umiarkowanie trzymał się pasów ruchu. Z głośników poleciały jakieś bliskowschodnie bity, a właściwie salemaleikumowe zawodzenie a’capella. W tej atmosferze dotarłem do zjazdu na znane mi już Hobro, gdzie zostałem zapewniony o tym, żem zawsze mile widziany w Aalborgu i wogle, oraz dowiedziałem się dwóch ciekawych faktów: 1. Mohamed był instruktorem nauki jazdy. 2. Zapuszczone mi śpiewy były niczym innym jak recytacją Koranu. Teraz mogę śmiało rzec: padłem ofiarą islamizacji! Skutków wprawdzie nie odczuwam, ale w aktualnej dyskusji o muzułmańskich imigrantach mogę się już wypowiadać jako uciśniony Europejczyk.

Miasto przeklęte, ale momentami nawet ładne.
Kolejne okazje nie wyróżniły się już niczym szczególnym i spokojnie dotarłem do punktu wyjścia, nieco ponad dobę od wyruszenia. Wysterczałem się z uniesioną ręką długie godziny, przeszedłem parę załamań i spałem pod gołym niebem w miejskiej przystani. Przeżycia były, materiał na bloga zebrany, doświadczenie nabyte. Zobaczymy, ile nauczki z tego wyciągnę na przyszłe podróże…




*Wyjaśnię tu może, że co jakiś czas znajduję sobie kolejne autostopowe nemezis - model samochodu, którego kierowcy wybitnie nie chcą się zatrzymywać. Obrzucając ich inwektywami i pomstując urozmaicam sobie czas oczekiwania na okazję. Poprzednio był to Opel Insignia, teraz przyszła kolej na Mazdy 5 czy 6.

** Nie, żebym ulegał jakimś stereotypom. Byłem kiedyś w Maroku, więc czuję się upoważniony do posiadania opinii o bisurmanach.