czwartek, 19 listopada 2015

...and back again.



Woah.
 Tego właśnie w tej całej Danii szukałem. Miejsca, które mnie totalnie, aż do samego rdzenia i głębi duszy zachwyci. Tak bardzo i tak po prostu – spróbuję to opisać, ale nie wiem, czy uda mi się dobrze przekazać, co czułem w tej chwili.

 
Widziałem krainę zamgloną i tajemniczą. Niesamowite, ciągnące się po ginący w mroku horyzont wybrzeże poorane nieregularnymi wzniesieniami. Porośnięta niską roślinnością, surowa połać opustoszałego kraju pod czerwoną, poszarpaną tarczą starego słońca. Było to jak patrzeć z wysoka na Mordor jakąś epokę geologiczną po Sauronie. Linia morskiego brzegu wdzierała się w ląd półksiężycowatą zatoką obwiedzioną szerokim pasem jasnej plaży. Pojawiały się na niej białe łuki spienionej wody, zgodnie z powolnym rytmem fal. Przede mną, w dole, było Morze Północne. Wielkie i ciemne, w jakiś sposób wywołujące niezdefiniowany, „tolkienowski” niepokój i tęsknotę. Panowała tam cisza. Żadnych głosów ludzi, zwierząt, czegokolwiek prócz fal - i właśnie ten delikatny, regularny szum idealnie dopełniał charakter tego miejsca. Nie było tu czasu ani rzeczywistości, tylko czysta forma zmierzchu nad brzegiem morza, która mogła by się wydarzyć kiedykolwiek i gdziekolwiek, w każdej rzeczywistości i uniwersum. 


Wdech, wydech.

Bulbjerg to niemal 50-metrowa wapienna skała wznosząca się bezpośrednio nad brzegiem Morza Północnego. Tysiące lat temu była wyspą, ale materiał nanoszony przez prądy „dobudował” wystarczający obszar stałego lądu by wchłonąć masyw. Jakieś sto metrów od brzegu wznosiła się niegdyś całkiem spora skalna kolumna – Skarreklit. Od wieków, wśród zamieszkujących te ziemie Skandynawów krążyła legenda, że upadek naturalnego obelisku oznaczać będzie koniec świata – analogicznie do świętokrzyskiej legendy o kamiennym pielgrzymie zmierzającym na szczyt góry Św. Anny.  Iglica runęła podczas sztormu w ’78, pomimo wyraźnego braku Ragnaroku. Pozostała po niej widoczna do dziś podstawa, a my straciliśmy kolejny wskaźnik apokalipsy.


Resztki Skarreklitu (te w morzu)
 

Porzekadłach o bunkrach już nie będę powtarzał – były. Niemcy zainstalowali tam podczas Drugiej Światowej stanowisko obserwacyjne i stację radarową, pozwalające rejestrować wszelki ruch morski na Skagerraku. Do dziś pozostały tam żelbetowe kloce, jednak muszę przyznać, że całkiem zgrabnie wkomponowane w kształt skały. Przedsiębiorczy Duńczycy zrobili w nich małe muzeum. Inną ciekawostką jest rezydująca tam, jedyna w Danii, skalna kolonia jakiś mewowatych ptaszorów.
Kiedy już nazachwycałem się [powiedzmy] widokami z góry, sturlałem się wąską ścieżką na plażę, by popodziwiać Bulbjerg od dołu. Z tej perspektywy robił naprawdę mocarne wrażenie, te skały nachylające się nad głową iście przytłaczały. Przy niskim stanie wody można obejść cały masyw od dołu, jednak trafiłem na przypływ i niezbyt niską falę. Po chwili analizowania spektakularnego planu polegającego na przebiegnięciu po kamieniach z milisekundową synchronizacją z falami, z bólem serca odpuściłem sobie tę atrakcję i zawróciłem. Za to wspinając się z powrotem na wzniesienie przeżyłem najbardziej „górskie” doświadczenie w tym kraju. Na szczycie przysiadłem na bunkrze, posiliłem się nieco i ruszyłem w poszukiwaniu noclegu.



Ludzie.
Pewnym haczykiem w odwiedzeniu Bulbjergu był fakt, że najbliższy shelter do spania znajdował się jakieś 20 kilometrów dalej. Właśnie zapadał zmrok. Cóż to jednak za przeszkoda dla weterana tysiąca nocnych marszy i Tropicieli! Trasa wiodła wzdłuż brzegu, przynajmniej trudno się było zgubić. Ścieżka wiła się przez zakrzaczony obszar pomiędzy plażą a… resztą lądu, nad głową pojawiały się pierwsze gwiazdy, wokół totalna cisza i spokój. No, czasem najwyżej jakiś spłoszony saroniec. Po jakiejś godzinie zacząłem dostrzegać przed sobą narastającą łunę – mimo nadziei na znalezienie tajnego kosmodromu bądź bazy atomowych okrętów podwodnych trafiłem do Thorup. Rakiet nie było, ale stała tam baza rybacka i cała flotylla kutrów wyciągnięta na brzeg przez zarypiście wielki spychacz – klimat niezły, szkoda tylko że po wykonaniu dwóch zdjęć zgasili mi oświetlenie terenu. Po minięciu osady nie mogłem jakoś znaleźć szlaku, a gdy poszukiwania sprowadziły mnie na asfaltową drogę prowadzącą prosto do celu, darowałem sobie nurzanie się w dzikości na siłę. W międzyczasie natknąłem się na krowy – ich nieruchome, świecące w ciemnościach oczy robiły naprawdę mocne wrażenie - Halołin pełną gębą. Szosa była bardzo elegancka i zupełnie nieużywana [w tym momencie], a idąc przy morzu musiałbym w ciemnościach dobrze rozpoznać punkt, w którym opuszczałbym szlak w celu dotarcia na miejsce… tak sobie tłumaczyłem wybranie łatwiejszej opcji. Długo nie wytrzymałem i przy kolejnej drodze ze strzałką „strand” skręciłem z powrotem na plażę. Właściwej ścieżki oczywiście nie znalazłem, więc w ramach rekompensaty spędziłem chwilę na brzegu. Rzadko bywam nad morzem, a nocą prawie w ogóle, więc było to dla mnie niezwykłe doświadczenie. Patrzysz nad głowę – gwiazdy, pod nogi – piasek, przed siebie - nie widzisz nic. Nie ma żadnej granicy między wodą a niebem, po prostu nieprzenikniona ciemność, z której wypływają fale. Stałem przed morzem, które tak właściwie było jedynie dźwiękiem. Nie wiem, czy to dlatego, że nadal działałem w trybie „300% romantyzmu”, ale naprawdę to przeżywałem. Czułem, tak jakby bardziej.


Po powrocie na asfalt pozostał mi już tylko dłuuugi i dość monotonny marsz do celu. Po drodze w końcu połączyłem się ze światem Dzikiej, a potem zobaczyłem jakiś jasny błysk światła na wschodzie [a nawet dwa] – później okazało się, że tego wieczoru nad Polską przeleciał meteor. Być może poblask tego zdarzenia ujrzały me oczy. Po kilku godzinach od wyruszenia z Bulbjergu, dotarłem do celu – ukrytej w lesie wiaty [tak, też porośniętej trawą]. Tym razem miałem to miejsce tylko dla siebie, a w ramach luksusów znalazłem kulturalny wychodek. Dłuższa chwila zeszła mi na zebraniu drwa, rozpaleniu ognia i ogarnięciu strawy, ale kiedy w końcu przysiadłem przed ognichem z michą ciepłego ryżu z konserwą… Poczułem się dobrze. Bardzo dobrze. Po prostu we właściwym miejscu, nagrodzony po całodziennej podróży luksusem ogrzania się i najedzenia. Popijając herbatę z niemiłosiernie już okopconego kubka popatrywałem na gwiazdy, przegryzając ten widok sucharem. Eeech, taki łikęd, to ja rozumiem. Pozostało mi już tylko zakopać się w śpiworze i spać tak, jak śpi się tylko na świeżym powietrzu.


6.00. Niedziela, budzę się w lesie. Mrok ledwie się rozjaśnia, mgła ściele się po ziemi, ziąb… ha, przynajmniej w końcu ubrałem się wystarczająco grubo, by nie zmarznąć w nocy. Korzystając z tego przyjemnego faktu powałkoniłem się jeszcze z pół godziny. Leżąc tak uświadomiłem sobie, że odległy szum to nie są samochody – to morze! Damn, nieźle musiało się wzburzyć, skoro niosło się na 5 kilometrów od brzegu. Poza tym, jakieś stwory zaczęły mi się drzeć po lesie, pewnikiem jelenie swoje rykowiska odprawiały. Wkrótce odpowiedziały im huki wystrzałów. Wesoły poranek, nie ma co. 



Udało mi się jakoś wygrzebać z posłania i zreanimować ognisko. Dzień się zaczął - Siostro, dzięki Ci za owsiankę instant! Pojadłszy, popakowawszy i poogarniawszy teren ruszyłem w drogę powrotną. Odgłosy godów i łowów towarzyszyły mi dopóki nie opuściłem lasu, mgła jednak nie odpuszczała. Doczłapałem się do Fjerritslev, przegryzłem drugie śniadanie made in Netto i gdy na liczniku było coś koło 5 kilometrów, znalazłem odpowiedni punkt startowy. Ruch całkiem spory jak na niedzielę rano, dobrze… Po chwili stanęła przy mnie jakiś dobra kobieta, której musiałem grzecznie podziękować z racji odmiennych destynacji [podczas tej wyprawy wzgardziłem ofertą czterech kierowców, co się ze mną dzieje?]. Ten wypadek nie zaburzył jednak typowego rytmu podróży i właściwą okazję złapałem jakieś pół godziny później. Z wiozącą mnie panią nawiązałem standardową konwersację, kim to jestem i co tu robię. Mój kierowca był właśnie w drodze po swą córkę, która zabalowała na jakiejś halołinowej hulance i troszku się pochorowała. Wyraziłem ubolewanie nad kondycją współczesnej młodzieży i zrozumienie dla bólów rodzicowania takim powsinogom – choć córcia tak właściwie załatwiła mi tę podwózkę. Wkrótce zeszło na kwestie narodowe i wyjaśniałem, że dziś właśnie mamy u siebie takie Święto Zmarłych. Pierwsza próba translacji nie wypadła zbyt dobrze [„day of the dead”], ale w końcu udało mi się jako tako opisać niepraktykowany tu All Saints’ Day. Mgła początkowo ścieląca się nieśmiało jako mistyczny tuman, wkrótce przerodziła się w totalne mleko – budowało to swoisty klimat, podobało mi się. Wyraziłem na głos swój zachwyt i dowiedziałem się, że przewalające się wokół kłęby to nic innego jak opary wydobywające się z kotła. Jest to mianowicie efekt pichcenia obiadu przez żonę jakiegoś leśnego ducha czy króla, a zwie się to zjawisko "Mosekonen brygger". Poczułem takie +10 do skandynawskości. Wysiadłem przed rondem, na którym mój transport pojechał na Viborg, a sam stanąłem dalej, przy drodze na Hobro. 




Nie jechało tam prawie nic, jak babcię kocham. Cały ruch szedł w osi Viborg – Aalborg, czyli zupełnie mnie omijając. Z nudów zacząłem gadać z owcami pasącymi się po drugiej stronie drogi. Posterczałem sobie dobrą godzinę, aż w końcu zabrała mnie pewna starowinka. Angielskim może nie operowała zbyt płynnie, ale jakoś się dogadywaliśmy. Z radia przez krótką chwilę płynęło coś, co mogło być protestancką mszą po duńsku. Cholera, ta kobieta przypominała mi moją babcię… cóż, w końcu było dziś Wszystkich Świętych. Kiedy dojechaliśmy do autostrady przed Hobro i już wyskakiwałem z Corsy, zostałem powstrzymany – z pomocą klasycznej, papierowej mapy [w mało którym samochodzie dzisiaj widuje się takie zabytki] udało się ustalić, że nasze trasy podążają razem jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. Zadowolony z takiego obrotu sytuacji zauważyłem okazję do dobrego uczynku i nastawiłem babci zegarek w konsoli centralnej – poczułem aż ciepło na swoim hipotetycznym serduszku, kiedy moralnie „opłaciłem” swoją podróż. Przyznam, że nie była to spokojna jazda – wyprzedzaliśmy na tym hajłeju co popadnie, a redukcja na czwórkę przy 120 km/h nie była niczym niezwykłym. 160 nie przekraczaliśmy chyba tylko dlatego, że poczciwy samochód nie był w stanie tyle wyciągnąć. Był to cichy i dość specyficzny stop. 

Kolejną okazję dorwałem praktycznie od razu po wyciągnięciu kciuka i podskoczyłem z gościem wyglądającym nieco politechnicznie do węzła Aarhus N. Stałem tam już trzeci raz od początku swoich włóczęg po Ziemiach Wikingów, ale nie potrafię wyjaśnić, co się tam wtedy działo. Wyjaśnię najpierw, że Duńczycy odnoszą się do autostopowiczy [na ile mogę oceniać na podstawie swojego przykładu] z pewną „sympatią”-  czasem machają, pokazują niemożność zabrania, wystawiają kciuki, zdarzy im się trąbnąć – niekiedy szyderczo, zazwyczaj dość przyjaźnie. Jednak parada gestów wykonywanych w moją stronę podczas tego postoju była wręcz przytłaczająca. Prawie z każdego pojazdu mnie pozdrawiano, błyskały światła i dźwięczały klaksony – czyżbym został już obwołany lokalnym bohaterem lub atrakcją turystyczną? Byłem tym żywo zaintrygowany, jednak kierowca, który mnie przechwycił, nie wyjaśnił mi tego fenomenu. Chłopak był bardzo w porządku, nazywał się Lars i gęba mu się nie zamykała. Towarzyszył nam Kapitan Pimse – buldog angielski prawie czystej krwi i, jak to określił Lars, „divorsed dog”, czyli zwierz po rozpadzie związku swoich opiekunów. Takie to traumy jechały na tylnym siedzeniu. Kiedy opowiadałem kierowcy o swoich podróżach zainteresował się opowieściami o bunkrach, bo również lubił te klimaty. Słyszał nawet o Złotym Pociągu. Od razu sprzedałem temat MRU, nawet mu zapisałem nazwę na karteczce. W zamian podzielił się on ze mną anegdotą ze swojej roboty w wydawnictwie – pewnego razu robili jakiś album o lotnictwie drugowojennym i przez przypadek wysłali zamówienie pełne Meserschmittów i Stukasów do jakiegoś niemieckiego klienta, hueh. Naprawdę dobrze się z gościem gadało, aż szkoda że mieliśmy na to tylko 50 kilometrów. W końcu pożegnałem się, wysiadłem na zjeździe na Horsens i ostatnie kilometry zwyczajowo pokonałem pieszo. 

Kapitan Pimse
Ale to nie był koniec atrakcji na ten łikęd. Zjadłem obiad, umyłem się i poszedłem na zorganizowaną znienacka na uniwerku mszę [mamy tu takiego ekumenicznego opiekuna duchowego, która wysyła na studenckie maile info o medytacjach, spotkaniach grup wsparcia dla kobiet, gejów, no i raz było coś o nabożeństwie]. Gdyby nie kilku Słowaków, byliby tam praktycznie sami Polacy – w sumie celebracja tego Dnia to dość lokalne zjawisko w centralnej Europie. Msza była po angielsku i brzmiało to naprawdę ciekawie, zwłaszcza w porównaniu do potocznego uczelnianego języka. Potem trafiłem z księdzem [też nasz, Krzysztof] i trzema dziewczynami na dachu uczelni, by później wylądować w tym gronie w mieszkaniu jednej z niewiast [też nasza, Asia] na kolacji. Jako zamknięcie tych dwóch niesamowitych dni– całkiem spoko.
Nadchodzący listopad najpewniej w całości zostanie złożony na ołtarzu edukacji i walki z dedlajnami - tym lepiej się czułem, że ostatni wolny łikęd przeżyłem naprawdę zacnie.





Ech, już chcę z powrotem na szlak.
Wszystkie zdjęcia.

piątek, 13 listopada 2015

There...

To będzie opowieści o wyprawie, którą nazywać mogę najintensywniejszą i najbardziej niesamowitą ze swoich dotychczasowych włóczęg po Ziemi Wikingów. Wprawdzie nie trwała ona najdłużej, ani nie dotarłem na niej najdalej, ale cała była po prostu taka… przeżyta bardziej. Na najbliższy czas będę musiał odpuścić nieco z takimi eskapadami, więc wpasowała się idealnie jako ukoronowanie sezonu wędrówek wilczymi szlakami. Posłuchajcie zatem…


Tydzień, aż do piątkowej nocy był dosyć intensywny, więc decyzję czy i gdzie właściwie chcę się wybrać podjąłem późno - zapasy i sprzęt przygotowane były zawczasu, mogłem więc sobie pozwolić na taką spontaniczność. Postanowiłem wybrać się w kolejne miejsce polecane mi przez moją mentorkę Anne – Bulbjerg. Według internetów jest to jakaś skała na północno-zachodnim wybrzeżu Jutlandii. Ładnie [ponoć] jest, nocleg w lesie jest, jedziemy. Cóż, zaczęło się raczej mało szałowym dwugodzinnym zaspaniem. Daaamn. Trzeba było nie iść na imprezę [jakkolwiek epizodyczne to wyjście by nie było]. A potem nie instalować Ofisa na komputerze o drugiej w nocy. No dobra, 8 to jeszcze nie tragedia. Pozbierałem bambetle, zjadłem i ruszy… no właśnie. Po krótkiej chwili uświadomiłem sobie, co jest nie tak [oprócz braku tabliczki i mazaków].
Jeśli zaczynasz podróż
kiedy mrok nadal okrywa ziemię, a miasto wciąż pogrążone jest we mgle
kiedy jedynym dźwiękiem jest krzyk mew, a ruchem - kilka snujących się cieni
kiedy świat trwa nierozpoczęty w nierzeczywistości przedświtu
- wtedy wyruszasz na wyprawę.
A o 9 rano są już ludzie, studenci i samochody. Horsens wygląda tak samo, jak każdego dnia w drodze na uczelnię. Po prostu otworzyłem drzwi i poszedłem. Niby szczegół, ale odczucia zupełnie inne zaś te dwie godziny w plecy miały mnie prześladować jeszcze przez dłuższy czas. Niemniej, dzień zapowiadał w miarę pogodnie, a wizja Nieznanego okraszała myśli nutą ekscytacji. Hej przygodo. 


Po dotarciu do swojej kultowej już zatoczki, przyznam, nie chciało mi się dalej iść. Przeprowadzone badania wskazywały jednoznacznie, że bardziej opłaca się iść od razu na autostradę, toteż pomachałem tak dla zasady i polazłem dalej. Z nieboskłonu odzywały się gęsi odlatujące teoretycznie na Południe [bo poruszały się na Wschód], jesień niepodzielnie panowała już nad tą krainą. Na zjeździe nie zdążyłem nawet rozgrzać dobrze kciuka, kiedy zatrzymał się przy mnie jakiś bus, który powiózł mnie do Arhus. Niby fajnie, ale praktycznie natychmiastowa podwózka po uprzednim zaspaniu kojarzyła mi się z utknięciem w Aalborgu – tak, mam skłonność do wymyślania „praw autostopowych”, z których część się nawet sprawdza*. Analogia sytuacji postępowała, gdyż wysadzony zostałem w totalnie beznadziejnym miejscu – nie żeby kierowca się nie starał mi pomóc, po prostu nie bardzo wiedział jak. Z węzła drogowego Aarhus N [N jak „nord”, czyli najbardziej na północ od miasta. Pozostałe oznaczane są S – „syd”, V – „vest”, Ø – „øst” i C – „central”] do Horsens np. łapie się elegancko, ale w przeciwnym kierunku już gorzej. Po 15 minutach spędzonych na sterczeniu przy niemal pustej drodze i wściekaniu się na niedokręcony wkład hydracyjny i mokre plecy, zmieniłem taktykę. Do samego Aarhus jeździło już więcej pojazdów, a pamiętałem z wypadu do Skagen, że bliżej miasta był jakiś dobry punkt. Nie nastałem się długo, kiedy zabrał mnie niepozorny Renault. Jakiś sympatyczny facet, prosta gadka, gdy nagle ten oświadcza mi, że jadę… samochodem elektrycznym. Auto jak auto, tylko trochę cichsze - nic wielkiego, ale to był mój pierwszy raz godny odnotowania w autostopowych kronikach.


Był to jednak dopiero początek nowości. Podwieziony kilka kilometrów do znajomej już zatoczki rozpocząłem kolejny rytuał zaklinania kierowców. Stoję, macham, ktoś tam kręci się na przystanku, gdy nagle oglądam się za siebie i widzę – uwaga – pierwszego duńskiego autostopowicza! Huh, nie wiedziałem, czy w ogóle tacy tu istnieją. Lecz jakkolwiek odkrywcze by to przeżycie nie było, koleś właził mi w paradę. Noo, jak na pierwszego przedstawiciela swojego gatunku nie zrobił dobrego wrażenia [choć przyznam, że nie wiem, czy na jego miejscu czekałbym grzecznie w kolejce]. Nieukontentowany tym towarzystwem i chłodem zakradającym się pod ubranie czekałem. Raz ktoś zwolnił, krzyknął coś przez okno do mojego rywala, i pojechał dalej. Kolejny samochód już się zatrzymał [i to przy nim!], ale jechał na południe. W końcu zabrał nas obu swoim małym samochodzikiem jakiś młody człowiek. Nieco dziwnie się czułem, kiedy obydwoje Duńczycy szprechali sobie w swojej wesołej mowie, a ja siedziałem jak ten kiep. W sumie to nigdy nie jechałem z innym autostopowiczem, więc ogólnie ciekawa sytuacja. Wkrótce rozdzieliliśmy się – on wysiadł na jakimś MOP-ie [kiedyś będę musiał spróbować połapać w takim miejscu], a ja na zjeździe z Randers.

Ten postój też dostarczył mi z nowych wrażeń. Raz banda chłystków [nie pamiętam marki wozu, ale zapewne było to BMW] zamarkowała manewr zjazdu na pobocze, co by z moich nadziei i autostopowych ideałów zakpić. Innym razem w przejeżdżającym samochodzie otworzyło się okno i zobaczyłem twarz dzieciaka z miną tak perfidnie „ja sobie wygodnie jadę, a ty łachmyto stercz na zimnie”, że bachor z pewnością wygrałby casting na rolę Jofrreya Baratheona. Kolejnym przypadkiem był pogodny potomek bisurmanów, który zatrzymał się, krzyknął coś zaczynającego się od „mister” i zaczął poprawiać krzaki na przyczepce*** - jechał jednak tylko kilka kilometrów dalej, a nie chciałem utknąć znowu na jakimś zjeździe donikąd. Tendencja była wzrostowa, bo po jakimś czasie stanął przy mnie pojazd wypełniony już trzema jegomościami o śniadych licach. Powiedzieli coś o Viborgu… ale właśnie skręcili z drogi prowadzącej w tamtym kierunku. Hem, jednak odmówiłem, jakoś nie zyskali mego zaufania. W tak zwanym międzyczasie na początku zjazdu pojawiła się dwójka nieletnich w wieku gimnazjalnym. Z tabliczką... No, widać dzisiaj tubylcy konekwentnie postanowili utrudnić mi łapanie okazji. Problemu jednak nie było, bo dzieciaki były raczej mało ogarnięte - łaziły wte i we wte, a kartonem machali na wszystkie strony. W końcu zatrzymała się trzyosobowa rodzinka zmierzająca do Frederikshavn – jakbym jechał do Skagen byłoby idealnie, ale podwózka w okolice Hobro [to koło Mariagerfjordu] też mię urządzała. Na dworze ciepło nie było, więc radość z każdego złapania okazji była podwójna. Czułem się nieco jak w grze komputerowej [śnieżna misja w Bad Company 2], w której „realizm” wychłodzenia symulowano koniecznością ładowania się ciepłem przy ogniskach. Ja ładowałem się w ogrzewanych samochodach, by potem walczyć o przetrwanie pod gołym niebem. 


Znajomy zjazd Hobro N przywitał mnie szpalerem wiatraków. Tutaj miałem opuścić autostradę i rozpocząć podróż lokalnymi drogami, co wciąż nie było dobrze zbadane w duńskich warunkach. Już po paru minutach musiałem patrzeć w smutne twarze młodej pary, która nie jechała w moim kierunku. Czując narastające trudności komunikacyjne [spróbuj wypowiedzieć poprawnie „Fjerritslev”] zapisałem nazwy miast po drodze na kartce – i nawet działało. Musiałem poczekać może z pół godziny, kiedy zabrany zostałem przez kolejną niespodziewaną nowość w katalogu pojazdów mnie wożących – podnośnik. Po drodze mijałem jakieś wioseczki, charakterystyczne duńskie kościoły, znaczy znalazłem się w końcu w countrysidzie [przepraszam za takie zapożyczenia, ale brak mi w polskim słowniku słowa na to], całkiem przyjemnym zresztą. Po kilkunastu kilometrach miałem już możliwość nieograniczonej kontemplacji uroków okolicy w towarzystwie poniewierających się przy drodze walców drogowych. No to miałem swoje lokalne drogi – ruch, rzekłbym, symboliczny... Cóż, Anne mnie ostrzegała, że może być ciężko. Mimo obaw okres oczekiwania wyniósł standardowe pół godziny. Kolejny krótki skok i wysiadka w jakimś lasku. Przeszedłem kilometr czy dwa w stronę parkingu, zaczałem łapać,  zauważyłem brak bluzy przytroczonej wcześniej do plecaka, wróciłem się do punktu wyjścia [po drodze zupełnie spontanicznie otrzymałem propozycję podwózki, szkoda że z powrotem do Hobro], znalazłem zgubę, złapałem stopa. 


Tu zaczął się etap najbogatszy merytorycznie. Tym razem miałem możliwość usłyszenia niepowtarzalnego, hybrydowego języka Dunglish. Znaczy słowa niby angielskie, ale wymowa ściśle wikińska, mój współlokator używa łagodnej odmiany tego narzecza. Z pewnym trudem rozeznawałem, co ten człek do mnie gadał [a był rozmowny], ale jakoś tam się porozumiewaliśmy. Dowiedziałem się, że w mijanym białym domu mieszka samotnie stara kobieta. Zapewniam, że była do tego dołożona jakaś ciekawsza i wstrząsająca historia, jeno nie bardzo ją pojąłem. Na wspomnienie o Horsens dowiedziałem się, że w latach funkcjonowania więzienia popularną praktyką było osiedlanie się tam rodzin osadzonych - mogę rzec, że mieszkam w mieście o kryminalnych korzeniach, hue. Facet wspomniał przy okazji, że mieszkał tam przez kilkanaście lat i zabawnie skojarzyło mi się to z informacją o więzieniu… W takim klimacie dotarłem do mostu przed Aggersund. 


Kilkunastominutowy postój, krótki skok za miasto, chwila machania i oto jechałem już dziewiątą okazją w tym dniu - licznik bił jak szalony. Powiozła mnie pani doktór pracująca w szpitalu, wracająca z treningu boksu. Przyznam, nie wyglądała na mistrza wagi ciężkiej, ale chwała jej za aktywność fizyczną mimo szacownego wieku. Podzieliła się ze mną mądrością wyniesioną z podróży do naszego kraju przed laty – zasłyszała ją od gospodyni leśnego zajazdu, w którym przyszło jej spędzić wizytę. Pamiętajcie: zupy grzybowej nie należy okraszać śmietaną, bo smak potrawie przyrodzony przytłoczy, wniwecz cały trud obracając. Jeno kapkę masła dodać, by wydobyć pełnię aromatu i smaku [szpetne powtórzenie, ale czy mamy właściwie dla tego słowa jakieś adekwatne synonimy?] wydobyć. W ramach wspomnień dotyczących Polski i Polaków dowiedziałem się również, że po wojnie brakowało tu rąk do kopania kartofli. Na popyt ten odpowiedziała podaż naszych krajanów, którzy licznie przybyli do Krainy Wikingów i – jak to określiła pani doktór – byli „good workforce”. To chyba dobrze. Kiedy dzieliłem się swoimi pozytywnymi doświadczeniami z tubylcami usłyszałem, że nie wszyscy są tu tacy mili. Niby oczywista sprawa i znałem już takie opinie od innych imigrantów, ale te słowa z ust rodowitej Dunki skłaniały do zastanowienia. Może to kwestia tego, że zadawałem się głównie z tymi ludźmi, którzy już na starcie mieli tyle dobrych chęci by zatrzymać się na mój widok. Inaczej też pewnie podchodzą do turysty-studenta niż do osoby tu pracującej. Na pewno kładą silny nacisk na asymilację „finansową” – jeśli już przyjeżdżasz do naszego kraju, zakładasz tu rodzinę i wysyłasz dzieci do szkoły, korzystasz ma co dzień z dobrobytu opłaconego przez nas wysokimi-jak-skurczybyk podatkami – płać jak i my.  Ale jako kolejny przykład duńskiego miłosierdzia mogę podać fakt, że białogłowa ta specjalnie nadłożyła dla mnie trasy. Miło. Przy okazji pokazała mi dom swojej najlepszej przyjaciółki znanej od podstawówki - cisnęło mi się na usta, że fajnie jest, kiedy więź utrzymuje się przez tak wiele lat [Taktowny Radek w natarciu]. Na takich to rozmowach zeszła nam trasa i ok 16 stanąłem na początku drogi wiodącej bezpośrednio do Bulbjergu. 


No to jestem… 5 km od celu. Cholera, nie pomyślałem, że to przecież nie leży koło krajowej szosy. Słońce chyliło się ku zachodowi, szykowało się dobre światło do zdjęć, ale nie sądziłem, że utrzyma się jeszcze przez godzinę. Maszerowałem żwawo cichą, leśną drogą. Lekko zaskoczyła mnie jej asfaltowa nawierzchnia i kursujące niekiedy samochody – chyba spodziewałem się naiwnie totalnej dziczy. Bardziej dla zasady wyciągnąłem rękę na jeden z przejeżdżających wozów i ku memu zdziwieniu złapałem okazję na ostatnie 3 kilometry. 10 stopów jednego dnia na dystansie 180 km – życiowy rekord. Podczas jazdy oczom mym zaczął się ukazywać zielonoksiężycowy krajobraz znany ze Skagen, po chwili teren się podniósł i uświadomiłem sobie, że wjeżdżamy na masyw Bulbjergu. Podziękowałem, wysiadłem i…

..
.
łał.



Nie miałem serca by katować Was siedmioma stronami tekstu naraz, czyli ciąg dalszy nastąpi.
___________________________________________________________________________________
*Kiedy jedzie Audi, BMW lub Mercedes** nie ma co nawet ręki wyciągać, widać od pewnego pułapu cenowego nie zabiera się ludzi [bądź Radków] - tak dla zasady.
**Chyba że to pojazd jadący na szrot bez tylnej kanapy bądź 25-letnia furgonetka z węglem, tru story.
*** Duńczycy tłumnie korzystają z przyczepek i z dziką namiętnością wożą na nich ścięte krzaki. Serio, nie mają prawa ich spalić czy rozdysponować w inny sposób jak wywiezienie chaszczy na oficjalne wysypisko gdzieś poza miastem.

___________________________________________________________________________________
                                                               -OGŁOSZENIA DUSZPASTERSKIE-
A jeśli chcecie odpocząć od smętnych duńskich krajbrazów i przygód rodzaju "rozpaliłem ognisko", zapraszam na niedawno odkryty blog Bartka z Czarnego Lądu. Facet robi coś bardziej pożytecznego od studiowania i przy okazji sprzedaje świetne klimaty z naprawdę odległych i dzikich krain.
Polecam - Rip.